IphoneO tym jak moje życie wpadło do toalety, czyli co się dzieje jak tracisz iPhone’a.

Większość z nas ma smartfona, chcąc lub niechcąc, niektórzy z bólem rozstali się ze swoją klasyczną nokią, ale w ofercie ich ulubionego operatora komórkowego nie było żadnej alternatywy, tylko ten dziadowski smartfon.

Pomijając fakt, że sprzedawca wręczając nam nowy telefon prawdopodobnie myślami był już na wycieczce organizowanej przez jego producenta za najlepsze wyniki, to przecież my podjęliśmy decyzję i była ona na pewno najlepsza. Stało się – kupiliśmy. WOW, jest, ale w zasadzie to po co mi to, przecież ja i tak tylko wysyłam smsy albo dzwonię. Internet mi do niczego nie potrzebny, telefon to telefon.

Do czasu.

Wieczorem zabieramy się do rozpracowywania naszego nowego cuda i zauważamy, że zaczynają nas intrygować ikonki sklepowe zachęcające do zakupu aplikacji. Skuszeni możliwościami, które przecież umożliwia nam nasz nowy super smartfon najlepszej klasy, podejmujemy decyzję o zakupie. Oj tam jedna aplikacja nie zaszkodzi, w końcu skoro mam takie cacko, to trzeba korzystać. Całe szczęście, że w domu jest wifi. Jedna aplikacja pociąga za sobą kolejną i następną, wkrótce i mejla mamy zsynchronizowanego z tym diabelskim urządzeniem, potem dochodzi Facebook, Messenger i Skype- przecież nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, zawsze warto być ONLINE.

Idąc z biegiem czasu, oraz nową modą pojawiają się inne, z pozoru zbędne udogodnienia jak instagram – a niech wiedzą biedaki, że stać mnie na rukolę; twitter na którym śledzę tylko Big Bena bo zwykły zegarek jest zbyt mainstreamowy, no i w końcu staje się to- nie wyobrażamy sobie życia bez naszego smartfona. Kiedy to się stało, jak i dlaczego?

Z pozoru urządzenie mające na celu nieco uprzyjemnić nam normalne funkcjonowanie i zaróżowić codzienną rutynę staje się naszym nieodłącznym towarzyszem. Smartfon jest przy nas zawsze- w domu, w pracy, w środkach komunikacji miejskiej, w samochodzie, na kawie u znajomych i przy wieczornym piwku z przyjaciółmi w klubie. Doszliśmy do perfekcji w cyfrowym przekazie tego, co się u nas dzieje, w ten sposób każda z 500 osób, które mamy w znajomych wie o tym, że dzisiaj na obiad były mielone, a jutro idziemy do kina. W tym całym rytuale dzielenia się doświadczeniami w sieci przestaliśmy zastanawiać się, czy to do czegoś prowadzi. Przestalismy również zastanawiać się, jakby to było, gdyby to nasze urządzenie nam nagle zabrano, bo przecież smartfony będą już zawsze.

Popadamy w niebezpieczną rutynę, nie wiedząc jak kruchy może być żywot naszego ukochanego urządzenia, aż staje się najgorsze.

Niespodziewane.

Nieprzewidywalne.

ON SIĘ TOPI.

Ekspresowa reakcja, Boże drogi, co robić? Szybka migawka z zajęć pierwszej pomocy, wyławiamy, osuszamy ręcznikiem, przytulamy, oby się tylko nic nie stało.

Moment krytyczny, szukamy po omacku przycisku blokady klawiatury, zagryzając wargi i czekając czy zareaguje. Zaświecił się, oddychamy z ulgą ale jednocześnie startujemy w szalonym biegu po mieszkaniu w poszukiwaniu ryżu- just in case. Niczym opłacony detektyw odkrywamy najskrytsze zakamarki szafek, nawet nie wiedzieliśmy, ze mamy w kuchni tyle rzeczy… ale ryżu ani śladu.

Dobra tam, działać- działa, na pewno wszystko będzie dobrze. W glowie jednak zapala się lampka, a może by tak… przecież kiedyś to przenosiło rezultaty… i tym oto sposobem nasz smartfon ląduje na grzejniku. Nauczeni doświadczeniem na nokii 3310, przecież kiedyś to działało. Co prawda, wyjmowało się baterię, ale tu nie ma czasu na racjonalne myślenie, tonący brzytwy się chwyta, jesteśmy w potrzebie!

Nikt by nie przypuszczał, że będzie to początek końca.

Pierwszą rzeczą, która zbudza naszą czujność to problemy z ładowaniem.. Telefon raz się ładuje, a chwilę potem przestaje i tak w kółko. E, to na pewno problem kabla.. Lecimy więc do sklepu i kupujemy nowy, nie byle jaki, bo taki ładny, kolorowy, teraz na pewno będzie działać.

Działało. Do czasu. Potem powoli z pełnej 100% baterii w niecałe 5h zrobiło się tych procentów 20. Hmm… oj to pewnie przez to 3G, trzeba wyłączyć. Na co nam to, przecież EDGE i tak śmiga elegancko, jesteśmy w centrum miasta.

Bateria nadal zaskakująco maleje. Czas wyłączyć wszelkie zbędne aplikacje. Nic się nie dzieje, nie utrudnia to życia, w zasadzie skoro jesteśmy w domu, to telefon może być cały czas podłączony do gniazdka, to nic. Będzie taki komórkowy… stacjonarny. To nic.

I w końcu nadchodzi ten dzień. A w zasadzie ta noc.

Wieczór leniwy, Ty na kanapie, telefon przy ładowarce. Nastała pora na połozenie się do łóżka, a że jesteśmy tak uwiązani do naszego smartfona- musi on być zawsze pod ręką, przecież jak się obudzimy w nocy to musimy wiedzieć która jest godzina. Bierzemy więc ze sobą, pod poduszkę naszego najlepszego przyjaciela. Stan baterii 100%- idealnie. Spokojnie zapadamy w sen, po czym pierwsze co robimy po uchyleniu powiek to łapiemy za tego gada w poszukiwaniu odpowiedzi o czasie, pogodzie, powiadomieniach na facebooku, patrzymy a tam 1%.

JEDEN PROCENT.

Jeden!

No jakto, pytamy się, JAK??!! Nie zdążymy spojrzeć na maila, który właśnie przyszedł bo już pojawia się kręcące kółeczko wskazujące na przejście telefonu w tryb: dead. Myślimy- to nic, zrobię sobię kawę a telefon podłącze do cudownego, kolorowego kabla, obu nam będzie lepiej w ten niedzielny poranek. Tak więc pijemy tę kawę nasłuchując wibracji obwieszczających włączającego się iphone’a. Cisza. Kolejny łyk, jeszcze większa cisza. Następny, nic się nie dzieje. Wstajemy zaniepokojeni i patrzymy a tam… w dalszym ciągu nic się nie dzieje. To koniec. Nasze życie się skończyło.

I stało się to, o czym wszyscy mówili. Nawet nie zauważyłeś, jak Twoje życie stało się totalnie uzależnione od tego telefonu, z którego przecież tylko „dzwonisz i piszesz smsy”.

 

Nie załamuj się, przecież już dawno powinieneś wymienić go na nowszy model.